Zaświaty na płótnie. Rozmowa z Anną Pietruś-Bral
Anna Pietruś-Bral o obrazach, które najpierw jej się śnią, o ukrytych runach i o tym, dlaczego nie nadaje im tytułów.
Z okazji dwóch nowych prac, które trafiły właśnie do naszej galerii, spotkałam się z panią Anną, by porozmawiać o procesie twórczym, symbolice ukrytej w jej obrazach i o tym, dlaczego jej malarstwo tak uparcie milczy na temat własnych tytułów.
Anna Pietruś-Bral jest absolwentką liceum plastycznego w Gdyni i grafiki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, a jej obrazy krążą wokół tego, co niedopowiedziane – snów, cieni i miejsc, w których czas jakby przestał płynąć. Od lat konsekwentnie buduje świat malarski osadzony na pograniczu jawy i snu, inspirowany między innymi nordycką i celtycką mitologią. Jej prace zdobyły uznanie m.in. na konkursie organizowanym przez Fundację Art Vue w Brukseli, a w styczniu 2024 roku były prezentowane na indywidualnej wystawie „Malarstwo na granicy jawy i snu” w GSW Elektrownia. Artystka prowadzi też autorską pracownię plastyczną dla dzieci i młodzieży oraz działała w grupie artystycznej „Fuzja wyobraźni”.

Chciałabym porozmawiać głównie o Pani nowszych obrazach, ale też ogólnie o całym procesie twórczym. Ile czasu zajmuje przygotowanie jednej pracy? I czy ma Pani gotowe założenie na początku, czy koncepcja kształtuje się dopiero w trakcie malowania?
Nad jednym obrazem pracuję średnio przez miesiąc, choć to naturalnie zależy od tego, ile czasu mu poświęcę. Właściwie wszystkie moje obrazy najpierw mi się śnią. Zaraz po przebudzeniu robię pobieżny szkic ołówkiem, żeby nie zgubić tego, co przyśniło mi się w nocy, a dopiero potem powstaje dokładny rysunek całej kompozycji. To pewnie pozostałość po studiach graficznych – przyzwyczajenie, że dobry rysunek jest podstawą wszystkiego. Kolor pojawia się na samym końcu, choć ja już wcześniej wiem dokładnie, jak ma wyglądać. Czasem jednak obraz zmienia kształt pod wpływem muzyki – przeżywanie dźwięku jest dla mnie bardzo istotne i zdarza się, że jedna płyta potrafi przeformułować cały obraz.

A ma Pani konkretnych artystów albo konkretny typ muzyki, który Pani towarzyszy?
Od czasów liceum jestem wierną fanką The Cure i Nicka Cave’a – to moi ulubieni wykonawcy. Dochodzi do tego oczywiście muzyka osadzona w skandynawskim folku.
Z tego, co czytałam, Pani obrazy są inspirowane nordycką estetyką.
Zgadza się. Jest taka wspaniała wokalistka, Eivør, której muzyka ma w sobie niezwykły, mroczny klimat – świetnie mi się przy niej pracuje. Jeśli tylko zagra koncert w Polsce, postaram się na niego trafić.
Na Pani obrazach jest dużo postaci. Korzysta Pani z jakichś referencji – zdjęć, modeli – czy to raczej wyćwiczony przez lata warsztat, który idzie prosto z głowy?
Rzadko kto mi pozuje. Jeśli mam wątpliwość co do ułożenia jakiejś części ciała, proszę bliskich o pomoc – przykładowo żeby sprawdzić, czy dana pozycja ręki w ogóle jest możliwa. Ale w większości przypadków po prostu mam to w głowie, wyćwiczone przez lata. Solidny warsztat, który dostałam w liceum i na studiach, po prostu teraz procentuje.
Rzeczywiście trudno o lepsze zaplecze edukacyjne. Ale gdy pytam ją, czy wśród tych obrazów są takie, które okazały się technicznie trudniejsze od pozostałych, artystka szybko sprowadza rozmowę z powrotem na to, co dla niej naprawdę istotne.
Wykonanie jest sprawą drugorzędną – mnie znacznie bardziej interesuje treść, i to na niej się skupiam. Uważam, że malarstwo powinno o czymś opowiadać. Właśnie dlatego nie narzucam interpretacji i nie nadaję swoim obrazom tytułów.

Czyli brak tytułów to świadoma decyzja?
Jak najbardziej. Tytuł potrafi zbyt mocno narzucić kierunek odbioru, a czasem skierować go na zupełnie niewłaściwe tory. Uważam, że odbiorcę trzeba zmusić do wysiłku, żeby sam zinterpretował to, co ma przed oczami.
A jeśli chodzi o te dwie nowe prace, które pojawiły się w naszej galerii – jakie skojarzenie się Pani nasuwa? Niekoniecznie tytuł, ale jedno słowo, które przychodzi na poziomie emocjonalnym.
Myślę, że słowem, które najlepiej spina całą moją twórczość, są „zaświaty”. Chciałabym, żeby postrzegano mnie jako twórczynię pokazującą duszę, nie ciało. Mówiło się tak kiedyś o Rubensie i Rembrandcie, tworzących w tym samym czasie, ale patrzących na świat zupełnie inaczej – Rubens jako malarz ciała, Rembrandt jako malarz duszy. Mnie bliżej do tego drugiego bieguna: bardziej interesuje mnie to, co w środku, niż to, co na zewnątrz.
O jednym z tych dwóch obrazów mogę powiedzieć nieco więcej, bo jest mi szczególnie bliski. Ten, który dziś przywiozłam, zaczął powstawać, zanim jeszcze wybuchła wojna za naszą wschodnią granicą, a mimo to stał się w pewnym sensie odpowiedzią na nią. Jego charakterystyczną kolorystykę ustaliłam jeszcze wcześniej, zupełnym przypadkiem. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Chciałam pokazać dzieci uwięzione w czasie konfliktu: ukryte w cieniu, niemogące wyjść na zewnątrz, otoczone czyjąś czujną opieką, bo wciąż są dziećmi. Na pierwszym planie dziecko trzyma małego ptaszka – symbol wolności, która im samym jest niedostępna. Ptak może odlecieć, gdziekolwiek zechce. Dziecko nie może. Zostaje ukryte przed tym, co dzieje się poza jego światem.

Ma Pani bardzo szczegółowe prace. Czy są w nich elementy, które nie rzucają się w oczy na pierwszy rzut oka, a dla Pani są ważne, symboliczne albo mają osobiste znaczenie?
Zwykle w każdej pracy jest jeden taki punkt zaczepienia. W tym najnowszym obrazie jest nim niewielka runa ochronna. Trzeba się bardzo uważnie przyjrzeć płótnu, żeby ją znaleźć, a to oznacza poświęcenie obrazowi więcej czasu niż jedno przelotne spojrzenie.

A w obrazie, przed którym rozmawiamy?
Tu chyba nie ma takiego ukrytego elementu, choć najwięcej uwagi poświęciłam portalowi widocznemu w głębi kompozycji. Ten obraz zresztą doczekał się już tylu interpretacji, że mogłabym o nich napisać osobną książkę – najwięcej krąży wokół tak zwanego „żółtego króla”. Bardzo mnie cieszy, że obraz potrafi tak silnie zakorzenić się w wyobraźni odbiorców, zwłaszcza w czasach, gdy żyjemy raczej „od dnia do dnia” niż w jakimkolwiek wymiarze duchowym.
Zgadzam się, dobrze jest się na chwilę zatrzymać. To musi być dla Pani bardzo satysfakcjonujące, że Pani twórczość potrafi tak długo zostawać z odbiorcą.
Ogromnie się cieszę, kiedy ktoś w ogóle przystaje i próbuje interpretować moje obrazy. Powtarzam zawsze, że największym sukcesem jest sytuacja, w której ktoś pamięta dany obraz jeszcze po tygodniu – to znaczy, że obraz spełnił swoje zadanie. W natłoku bodźców, które nas dziś otaczają, zapamiętanie jednego obrazu na dłużej to dowód, że zadziałał. Obraz jest dla mnie właściwie przekaźnikiem między mną a odbiorcą – i o to w tym wszystkim chodzi.

Myślę, że to bardzo trafny zabieg z brakiem tytułów – skutecznie skłania widza, żeby uruchomił szare komórki.
Interpretacje bywają zaskakująco różne, czasem wręcz skrajne, i wyzwalają u odbiorców zupełnie odmienne emocje. Ale dokładnie o to chodzi.
Ma Pani z tyłu głowy jakąś interpretację, która była dla Pani najbardziej zaskakująca, coś, czego się Pani nie spodziewała?
To są naprawdę długie wywody, więc wolałabym nie cytować ich z pamięci, żeby niczego nie przekręcić – mogłabym co najwyżej przeczytać jeden z nowszych tekstów na ten temat. Ci, którzy mają coś do powiedzenia o moich obrazach, potrafią to rozwinąć na wiele stron.
Domyślam się, że musi być ciekawie czytać tak różne interpretacje, skoro sama stworzyła Pani te obrazy i zapewne ma Pani swoją konkretną wizję. W temacie samego procesu – czy każdy obraz jest samodzielny, czy raczej jeden podpowiada pomysł na kolejny?
Bardzo często powstają u mnie dyptyki albo tryptyki, które mają swój dalszy ciąg. Zdarza się też, że kończąc jeden obraz, czuję, że coś w nim można dopowiedzieć dopiero w kolejnym. Mam sporo takich cykli w swojej twórczości.

Czy to wtedy raczej serie zaplanowane z góry?
Bywa różnie. Czasem maluję obraz i już w trakcie pracy czuję, że będzie miał dalszy ciąg – wtedy wiem, że dopiero razem z kolejnym utworzy całość, bo sam w sobie jeszcze nie jest kompletny. Innym razem to wszystko jest zaplanowane już na etapie szkicu – wiem wtedy z góry, że część kompozycji przejdzie do drugiej, zupełnie innej pracy.
Kiedy pani Anna wychodzi z galerii, zostawiając za sobą dwa świeżo przywiezione płótna, trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie ona przed chwilą opowiadała o obrazach, tylko obrazy przez chwilę przemawiały przez nią. Może dlatego nie nadaje obrazom tytułów, bo to, co przychodzi ze snu, nie zawsze chce się zmieścić w jednym słowie.
Anna Pietruś-Bral nie lubi tłumaczyć swoich obrazów do końca – i to chyba dobrze, bo najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie w tej niedopowiedzianej przestrzeni między płótnem a widzem. Zaświaty, o których mówi, zaczynają się dokładnie tam, gdzie kończy się jej ostatnie zdanie.
Rozmawiała: Lena Musiakowska

